Historie

Brazylijska rodzina, która nigdy nie weźmie udziału w karnawale.

Wyobrażasz sobie, że karnawał w Brazylii to niekończąca się zabawa, taniec, muzyka i radość? W taki sposób zawsze pokazują go w mediach, prawda? Przeczytaj historię rodziny, której karnawał przewrócił życie do góry nogami.

To było gorące, bezwietrzne popołudnie, 12 marca. Zwyczajny dzień, podobny do takich samych zwyczajnych, parnych, ciągnących się w nieskończoność dni lata 98’.

W tym właśnie czasie odbywał się w mieście karnawał. I to nie ten największy na świecie, w Rio de Janeiro. Był to o wiele mniejszy, oswojony i wszystkim dobrze znany karnawał w pobliskiej Goianii.

W busie, którym podróżowała Babcia Leontina, jechało łącznie 11 osób, w tym dziecko. Wszyscy chcieli jak najszybciej załatwić niecierpiące zwłoki sprawy i wrócić do swoich domów. Na babcię czekał dziadek João, nawet złościł się nieco, bo był głodny, a to ona zawsze przygotowywała posiłki.

Leontina była aniołem w ludzkiej skórze. Całe życie dobra, cierpliwa i pomocna. Zaangażowana w pomoc ubogim i potrzebującym. Nigdy nikomu nie odmówiła w potrzebie. Adoptowała sieroty i wychowywała je razem z własnymi dziećmi, wspierała centra pomocy, pomagała starszym i schorowanym.

Nic dziwnego, że całe miasto zamarło w rozpaczy. Jej odejście wywołało poruszenie w całej okolicy. Lokalna społeczność opłakiwała ją tłumnie. Wiele osób nie mogło sobie poradzić ze stratą.

Zresztą ludzie w mieście pamiętają o niej nawet dziś, 19 lat później. Szczególnie Ci z jej pokolenia. Jej imieniem są nazywane nowo powstałe centra pomocy socjalnej w mieście.

Ostatnie odkryliśmy przypadkowo kilka dni temu, tuż obok domu, w którym mieszkamy.

Bus nie miał szans w starciu z pijanymi uczestnikami karnawału, którzy pojawili się znikąd i na ślepo wtargnęli na jezdnię. Kierowca był mocno zmęczony więc nie zdołał w porę zareagować. Wszystkich jedenastu pasażerów zginęło. Większość na miejscu, kilkoro w szpitalu. Jedenaście istnień zostało skazanych na śmierć w przeciągu kilkunastu sekund.

Wnuk Leontiny miał wtedy 14 lat. Bardzo przeżył śmierć babci. Nawet dzisiaj, po 19 latach przeżywa ją wciąż na nowo. Łączyła ich silna więź. Ona od zawsze dostrzegała jego wrażliwość i dobre serce. Byli ze sobą bardzo blisko i często spędzali razem czas.

Pamięta o babci na codzień. Często o Niej wspomina. Czasami mówi, że z nią rozmawia. Czasami upatruje jej cech w swojej córce, która na pewno usłyszy kiedyś historię Leontiny.

Tym wnukiem jest mój mąż, Paulo.

 

 

Na drodze, na której zginęli, panuje taki bezsensowny zwyczaj, że wraki aut nie są zabierane automatycznie po wypadku i zalegają przy trasie jeszcze na długo po. Ilekroć ktoś z rodziny jechał do pobliskiego miasta, musiał mijać po drodze wrak busa porzucony na poboczu. Tego samochodu.

 

 


Nie była to dla mnie łatwa do opisania historia. Tym bardziej dziękuję Ci za poświęcony czas. Jeśli masz ochotę poczytać coś lżejszego, zajrzyj do moich innych postów:

List do mojej córki. Część pierwsza.

Czy zimowe podróżowanie po Europie ma sens? + pomysł na grudniową objazdówkę

Możesz znaleźć mnie też tutaj: INSTA VAMILYBLOG, tutaj FB VAMILYFAMILY i tutaj też YOUTUBE VAMILY

 

Tags:

4 comments

  1. […] Brazylijska rodzina, która nigdy nie weźmie udziału w karnawale. […]

  2. Przecudna historia!

  3. słyszałam o tym zwyczaju pozostawianych wraków aut na poboczach, ale nigdy nie postrzegałam ich jako niemiłe pamiątki po zgonie bliskiej osoby.

  4. Smutna i wzruszająca historia, pięknie opisana

Leave a Reply

Your email address will not be published.