PODRÓŻEUSA

Cała prawda o ślubach w Las Vegas czyli historia pewnej miłości.

Z okazji dnia zakochanych wykładam kawę na ławę o naszym ślubie. Uwaga, post zawiera nigdy dotąd niepublikowane, bardzo amatorskie zdjęcia, wzmianki o ślubach z Elvisem i dużą dawkę amerykańskiego kiczu.

Rzecz wydarzyła się pewnego ciepłego maja kilka lat temu.

Nasza pierwsza wspólna podróż z Paulem. Długaśna objazdówka po USA, trasa zaplanowana od Miami po San Francisco. Dużo czasu spędzonego razem, starcia, szczęśliwe chwile, kłótnie, wielkie momenty. Wiadomo, jak to bywa w podróży. Jednym z jej elementów była wyprawa do wymarzonego Disneylandu.

I zaręczyny pod bajkowym zamkiem z czołówki Disneya. Niby takie żartobliwe, ale czuliśmy po nich, że będziemy już narzeczonymi w tej podróży.  P. włożył mi na palce 3 pierścionki: dwa z serduszkami i jeden z kokardką Myszki Miki, bo nie był pewien, który spodoba mi się najbardziej (chwała temu, kto otworzył Pandorę w DisneyLandzie!). Być może stało się to pod wpływem bajkowej atmosfery, którą czuć w disneyowskim powietrzu. Być może z powodu długiego lotu i uporczywego let jagu. Jedno było pewne…

Miałam potrójnego narzeczonego!

Ale nic to, pomimo tych rewelacji, podróż toczyła się dalej. Jakiś tydzień/dwa później dotarliśmy do Las Vegas, w którym, jak w przypadku zaręczyn, nie mieliśmy zaplanowanego żadnego wychodzenia za mąż, ani za żonę. Przysięgam! Zaczęło się od małych żarcików w stylu “no skoro jesteśmy w Vegas, to może się pobierzemy, hehe”. Ale już wtedy oboje zastanawialiśmy się po cichu, co by było gdybyśmy wzięli ten ślub. Trochę bardziej na zasadzie: zróbmy to dla fajnego przeżycia, dla wspomnień, żeby mieć co wnukom opowiadać. Zresztą oboje myśleliśmy wówczas, że taki ślub to tylko tak dla picu i nie ma żadnej mocy prawnej, a już na pewno nie ma poza USA.

Nagły zwrot akcji nastąpił, gdy pewnego poranka Paulo poszedł po kawę

i wrócił z obrączką (kto by pomyślał, że w Starbucksie sprzedają obrączki!) i nerwowo zapytał “Okay, so let’s seriously do this? Let’s get married here?”. Moja nutka szaleństwa i pociąg do spontanicznych decyzji sprawiły, że jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do urzędu.

Urząd, jak urząd. Panie w okienkach i niedługa kolejka złożona z zakochanych par. Pokazaliśmy paszporty, wypełniliśmy krótki formularz, zapłaciliśmy 60$ i od ręki dostaliśmy pozwolenie na ślub. W urzędzie spędziliśmy mniej niż 20 minut. Bajka i trochę szok, bo oboje wiemy, jak opornie załatwia się sprawy w polskich, czy też brazylijskich urzędach.

Pozostało wybrać kapliczkę do ślubu.

Jest takie miejsce położone poza słynnym Stripem, w raczej spokojnej dzielnicy miasta, w którym jest kapliczka na kapliczce. W jak sposób wybrać tę jedyną? My wybraliśmy na oko: weszliśmy do trzech, które spodobały nam się wizualnie (wszystkie te miejsca pachną trochę uroczą tandetą) i od ręki dostaliśmy informacje o pakietach, cenach i terminach. Opcji jest sporo: ślub w kaplicy, ślub w tzw. gazebo, czyli altance na zewnątrz, ślub drive thru, podczas którego nie wysiada się z auta.. Postawiliśmy na prosty ślub w maleńkiej kapliczce. 

najszybszy ślub świata: drive thru

Z tego miejsca chciałabym odpowiedzieć na najczęściej zadawane mi pytanie: TAK, TO PRAWDA, ŻE MOŻNA WZIĄĆ ŚLUB Z ELVISEM.

Można dopłacić, aby osoba udzielająca ślubu była w stroju Elvisa. My wybraliśmy naszą kapliczkę właśnie dzięki “podwójnemu Elvisowi”. Jak to? Otóż w środku spotkaliśmy parę świeżo po ślubie. Zarówno mistrz ceremonii, jak i pan młody byli przebrani za Elvisa, co porwało nas do tego stopnia, że decyzja zapadła. Umówiliśmy termin na kolejny dzień na 21:00, a za ślub dla dwóch osób (bez gości), z fotografem i kwiatami zapłaciliśmy ok. 100$. W dzień ślubu w panice szukałam białej sukienki.

Było trochę nerwów tuż przed.

Poczucie, że czeka nas taka ważna chwila, tak po prostu. Pójdziemy i zrobimy to. Bez świadków, bez życzeń, bez rodzin. Świat się o tym nie dowie, jeśli sami mu nie powiemy.  Z drżeniem serca szliśmy do kaplicy. Byliśmy w niej sami: my, mistrz ceremonii i fotograf vel. świadek.

Fotograf, który jest autorem najbardziej kiczowatych zdjęć ślubnych w dziejach. Marsz weselny puszczony z płyty. Mistrz ceremonii pochodzący z Grecji, o akcencie tak mocnym, że do dziś chichoczę na myśl o jego przemowie. Kilka problemów z powtórzeniem teksu z powodu tego akcentu (Paulo utknął, bo nie zrozumiał “to have and to hold” 😉  Ciepła, majowa noc, która w przeciągu minut zamieniła nas w męża i żonę. Moje nieudolne stąpanie po alejce do ołtarza. W końcu łzy wzruszenia i pierwsze małżeńskie całowanie. 

Po wszystkim poszliśmy na pizzę.

Jedną z lepszych w Vegas. Do dziś pamiętam jej smak. Wyborna, włoska pizza, restauracja w samym sercu Vegas Strip i my totalnie zagubieni w tym naszym zamążpójściu. Noc zrobiła się chłodna więc narzuciłam Paula bluzę z kapturem na moją białą sukienkę i tak się włóczyliśmy po mieście. Nie zmieniło się nic, ale zmieniło się też wszystko.  

Czy można było zrobić to inaczej?

W Polsce, z rodziną, hucznie, bajkowo? Oczywiście, że można było. Muszę jednak stwierdzić, że gdy w dorosłym życiu zmierzyłam się z moim dziecięcym marzeniem o bajkowym ślubie z hucznym weselem okazało się, że to marzenie już nie należy do mnie. Że wolę wydać te kilkadziesiąt tysięcy (czy ile się płaci obecnie za ślub) np. na podróż dookoła świata. I jakoś zrobiło mi się lżej na sercu.

Oczywiście robienie po swojemu nie jest znowu takie łatwe, wie o tym każdy, kto pochodzi z rodziny z określonymi, głęboko zakorzenionymi tradycjami, ale w ostatecznym rozrachunku to moje szczęście i zadowolenie liczy się najbardziej. Warto żyć w zgodzie z własnym sumieniem.

Co było najtrudniejsze?

Powiedzenie rodzinom właśnie. Trochę się z tym czailiśmy, przygotowywaliśmy, ale przyjęli to zaskakująco dobrze. Uszanowali naszą decyzję i wracają czasem do tego ślubu w żartach.

Czy żałuję z perspektywy czasu?

Absolutnie nie. Ślub był, miłość pozostała, mamy historię dla wnuków. Wychodzę z założenia, że śluby mogą być spontaniczne, czy też pieczołowicie zaplanowane, nie ważne. Ważne jest to, co następuje po ślubie i w jaki sposób zadbamy o związek. Czasami, żartujemy sobie, że jak Lidia wkroczy w wiek dojrzewania to jej znajomi będą mieli nas za tych superowych rodziców. Albo też pomyślą, że nasz ślub był “przypałowy”. Kto to wie 😉

Czy mam jakieś dodatkowe komentarze/porady na temat amerykańskich ślubów? Kilka na pewno:

  • Obecnie aplikowanie o pozwolenie na ślub kosztuje 77$ (to apply for a marriage license) 
  • Powyższa i inne ceny związane ze ślubem podane są na stronie lokalnego urzędu 
  • Oczywiście do wyboru jest sporo opcji ślubnych: od małych kapliczek i drive thru po kaplice i sale weselne w wielkich hotelach, takich jak Bellagio, które wyglądają jak te na filmach amerykańskich. Wszystko zależy od Ciebie: jaki chcesz ślub, ile osób chcesz zaprosić, ile chcesz wydać…
  • Ślub jest ślubem pełnoprawnym i ważnym, nie tylko na terenie USA. Musisz zgłosić fakt zaślubin w Twoim kraju, w urzędzie stanu cywilnego. U nas wyglądało to tak, że najpierw musieliśmy poczekać ok. miesiąc, aż z Las Vegas wyślą nam do Polski akt zaślubin, potem przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego na język polski i złożyć w USC. Tam urzędnicy zabrali go i wydali z zamian polski akt ślubu. 

A na koniec kilka zdjęć, które udało nam się trzasnąć. Te od fotografa są naprawdę złe, na razie jeszcze nie odważam się ich pokazać 😉

To by na razie było na tyle w kwestii amerykańskich szaleństw, więcej już wkrótce 😉 

Jeśli masz ochotę na taki ślub, ale masz nadal wątpliwości, napisz – pomogę je rozwiać!

Dziękuję za Twoją uwagę,

Karolina 


Poczytaj też: 

Chcesz za niego wyjść? Udaj się z nim w podróż!

Wiza turystyczna do USA

Wiza turystyczna do USA dla dziecka

 

 

13 comments

  1. W przyszłym roku mamy plan na wakacje w Ameryce no i oczywiście Las Vegas też chcemy zobaczyć i może wybierzemy się pod kapliczkę weselną 🙂 ładnie wyglądałaś w dniu swojego ważnego dnia 🙂

    1. Dziękuję, moja sukienka za 15$;) Był trochę stres żeby znaleźć coś białego w dniu ceremonii 😉

  2. Szalony pomysł, ale i my kiedyś chcieliśmy zrobić potejemny ślub cywilny, o, tak dla siebie.

  3. O jej! To musiały być niesamowite emocje! <3 Szkoda, że ślub mam już za sobą! ;p

    1. Możesz taki jeszcze zrobić, potajemnie, dla przygody 😉 Albo odnowienie zaślubin za kilka lat 😀

  4. Odkąd wspomniałaś o Vegas byłam straszliwie ciekawa tej historii! Szacun za odwagę w kategorii “poważne sprawy na spontanie” oraz w kategorii cięższego kalibru “jak ja powiem mamie”. 😉

    Zawsze mnie przeraża wydawanie grubych tysięcy na wielkie wesela, osobiście też wolę kupić jakiś bilet albo przeznaczyć tę kasę na nasz wymarzony domek z ogródkiem i własnym bananowcem. Jak ktoś chce, lubi, marzy – okej, fajnie. Ale smutek mnie ogarnia, kiedy słyszę historie ludzi, którzy robią wielkie wesele, choć im samym wcale nie zależy. Ale dbają, żeby był bogracz dla cioci Zdzisi (ostatnio spotkana 15 lat wcześniej na innym weselu) i ciepła wódka dla wujka Zenka (ktoś z bliższych krewnych musiał rozrysować drzewo genealogiczne i historię zaproszeń na wszystkie śluby przez ostatnie pół wieku, żeby wyjaśnić, dlaczego człowieka w ogóle trzeba zaprosić)… A potem tylko kredyt i trauma po “zabawach” z balonikami…
    ( Mam głęboko zakorzenioną traumę i awersję do typowych polskich wesel.)

    1. Ja się zazwyczaj bawiłam dobrze, jak byłam dziecko-nastolatką 😉 Potem mi przeszło 😀 Mam w rodzinie przypadki, w których młodzi robili turbo wystawne wesele, żeby się pokazać, takie “postaw się, a zastaw się”, a obecnie nie starcza im na życie. Chociaż bardziej im współczuję, bo to nie ich wina, że zostali przymuszeni przez tradycje rodzinne do takich wyborów.
      Poza tym, jak sobie pomyślę ile jest dla mnie stresu przy głupim wyjeździe w góry, np. w 10 osób, gdzie jedzie moja rodzina i Paula…
      Gdybym miała zrobić wesele tak, żeby wszyscy byli zadowoleni pod względem potraw, muzyki, zabaw, atrakcji to jestem pewna, że skończyłabym w wariatkowie!

      1. Mi przeszło w okolicy wczesnych lat kilkunastu kiedy zaczęłam w pełni rozumieć żart w przekładaniu jajek przez nogawki i rozbijania balonów w tańcu na leżąco.
        Ale podobnie do ciebie, dałabym się ponieść stresom w przygotowaniach, a później w trakcie, czy na pewno wszystko jest ok.
        Widmo wesela jest przez to dla mnie widmem zamiany dnia ślubu w największą traumę życia, więc muszę być uparta. Wiem, że nie będzie łatwo, bo na samą luźną ideę “jak kiedyś coś, to ja nie chcę wesela” kilkoro członków rodziny się oburzyło i obraziło.
        Może dlatego prawie nikt nie podszedł poważnie do informacji o união estável. Wesela nie było, to są to jakieś papierkowe bzdury… 😛

        1. Niestety tak to jest z członkami rodziny, że mają tendencje do oburzania się 😉 Ale koniec końców to nie ich żywot, nie ich decyzje. Myślę sobie, że lepiej się zaprzeć niż po fakcie żałować. A w Brazylii to nawet jeśli się mieszka razem jakiś czas to jest to później traktowane jako małżeństwo, nie? Tak mi to przynajmniej Paulo tłumaczył

          1. Tutaj jest jakaś idea união estável “przez zasiedzenie”, ale nie wiem dokładnie jak to działa. My strzeliliśmy oficjalnie w cartório dokumenty i teraz zgodnie z prawem brazylijskim mam prawa prawie takie same jak żona, bo formalnie i oficjalnie jesteśmy rodziną. Pamietam, że człowiek w cartório pytał czy chcemy mieć datę z dnia,, kiedy tam byliśmy, czy deklarujemy, że sytuacja trwa od dawna i chcemy mieć datę wcześniejszą.
            Chyba też wyjątkowo mało podejrzanie wypadliśmy w wydziale migracyjnym, bo po dziś (minął rok) nikt nie zapukał z kontrolą, czy to nie była jakaś ustawka dla wizy.

  5. Kochana, po pierwsze co za historia! A po drugie wygladalas bajkowo! Do twarzy Ci w takim stylu 😀
    Czekam na zdjęcia od fotografa 😀

    1. A nawet je chciałam wrzucić, bo co mi tam zależy, ale nie mogę ich nigdzie znaleźć (dostaliśmy na płytce).

Leave a Reply

Your email address will not be published.