MAMA

Potrzeba minimalizmu przyszła do mnie z wiekiem.

To jest chyba trochę tak, że każda z nas popada w lekką euforię wraz z nadejściem wiosny i pierwszych promieni słońca. Przychodzi nieodparta potrzeba zmian, zrobienia czegoś nowego, czasem wystarczy zmiana fryzury, aby złapać nowy wiatr w żagle.

U mnie w tym roku zaszła bardzo ważna dla mnie zmiana, o której chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. Nie spodziewałam się jej, była nagła i gwałtowna, ale cieszę się, że jest i nie ukrywam, że daje mi sporo radości i uczucie pewnego rodzaju ulgi.

Ale zacznijmy od początku.

Zawsze trochę mi się wydawało, że dorosłość polega na otaczaniu się rzeczami.

Zaczęło się od pierwszego wspólnego zamieszkania razem z moim P. Wiesz, jak to jest…wpadliśmy w gorączkę wicia wspólnego gniazda, kupowania kubków i poduszek w Ikei, skręcania i ustawiania mebli i całej tej gorączki. 

Potem była przeprowadzka, jedna, druga i wielkie chęci do adaptacji kolejnych naszych wynajmowanych mieszkań pod nasze gusta.

Potem przyszły pieniądze, a za nimi potrzeba kupowania rzeczy, które zawsze są w domach dorosłych ludzi i które zaspokajały nasze potrzeby rozrywki i wygody. Plazmowy telewizor, a do niego fajnie byłoby mieć kino domowe. Nowy samochód, nowe, gadżeciarskie sprzęty kuchenne…

Potem przyszła ciąża i jeszcze silniejsza potrzeba wicia gniazda. Czas skręcania dziecięcych szaf i łóżeczek, kupowania zabawek, ubranek, sprzętów, które w praktyce okazały się zbędne..

Przeprowadzka do nowego, większego niż kiedykolwiek wcześniej mieszkania i jeszcze więcej fajnych rzeczy. “Niezbędne” sprzęty kuchenne, w praktyce użyte raz czy dwa. Bieżna, która służy jako wieszak na pranie i zbiera kurz. Coraz większe biurka do pracy, które obecnie zagracają nam cały pokój. Plastikowy chłam zabawek, które grają, śpiewają i powodują u mnie napady agresji, kiedy włączają się nagle w środku nocy.

Te wszystkie pierdoły, ręczniki, coraz więcej talerzy, szklanek, różnej wielkości i długości łyżek, rzeczy, które wydają się niezbędne tylko dlatego, że zawołały do mnie z kosza w Biedronce okrzykiem “weź mnie koniecznie do domu!”.

Ubrania zalegające w szafie, nie ubrane ani razu od 3 lat, czekające na okazję, bo “jeszcze się przydadzą” tudzież “jeszcze do nich schudnę”.

Zdałam sobie sprawę z tego, że głęboko we mnie tkwiła zakorzeniona myśl, że na tym właśnie polega dorosłe życie, na budowaniu swojego dobrobytu poprzez ciągłe ulepszanie przedmiotów dookoła. Było to dla mnie zupełnie jasne i oczywiste, że jeśli w wieku 25 lat kupię sobie komplet tanich garnków z Ikei, to kilka lat później muszę je wymienić na takie wypasione, co to je Cezary Pazura wciskał emerytom za 4000 zł. Że muszę wymienić mój sporej wielkości telewizor, bo przecież są nowe modele i wszyscy wymieniają na nowe. Nieważne, że na kredyt. Że wyznacznikiem dobrego życia jest możliwość wymiany samochodu co kilka lat. Że naturalną koleją rzeczy jest kupowanie mieszkania, a najlepiej budowanie domu w kredycie hipotecznym. 

Wszyscy zawsze tak robili więc to jasne, jak słońce, że trzeba tak robić, prawda? 

W pewnym momencie zaczęła nachodzić mnie myśl jak to się właściwie dzieje, że tak obrastamy w rzeczy skoro przed 1/3 roku jesteśmy w podróży i wcale tych rzeczy nam nie potrzeba. Taki trochę zgrzyt. 

No i nadszedł moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że te wszystkie przedmioty po prostu zaczynają nas uwierać i przytłaczać. Zaczęłam się czuć przyduszona.

Wyjeżdżając, potrafimy siedzieć tygodniami w jakimś miejscu, mając ze sobą tylko jedną czy dwie walizki ubrań więc dlaczego w naszym domu jest tyle rzeczy?

Zmiana zaczęła się niewinnie.

Pewnej soboty zaatakowaliśmy z mężem mym kuchnię. Wyleciała z niej tona pierdół. Z 20 pudełek do przechowywania żywności, z na zawsze zagubionymi pokrywkami. Osierocone elementy różnych kuchennych sprzętów. Bogata kolekcja różnej wielkości słoików od mamy.

Po wywaleniu tego wszystkiego poczuliśmy wielką ulgę. Dosłownie! Tak, jakby spadł nam z serca kamień, a zamiast tego wypełnione zostało mięciutkim puszkiem. Miłe, niewiarygodnie miłe uczucie lekkości. Jak w tych reklamach ptasiego mleczka.

Poszłam za ciosem. A właściwie poszliśmy oboje. Szafa opróżniona z tony ciuchów. Podniszczone, ukochane buty (nie było łatwo, ale udało się z nimi rozstać), ubranka dziecięce pokryte plamami tak, że łatwiej było wskazać czyste miejsca, niż te poplamione. Skarpetki nie do pary. Co lepsze rzeczy poszły do powtórnego użycia, te zniszczone do kosza. Kolejna ulga.

Potem był schowek – spiżarnia pełen dziwnych rzeczy, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

A jeszcze później sprzęty kuchenne, zakrawające o groteskę i zapomniane. Maszyna, której jedynym przeznaczeniem jest robienie hot-dogów, shaker, który potrafił zaatakować tak, że koktajl lądował w całej kuchni i na moich włosach, parowar użyty z 3 razy w czasie, w którym myślałam, że gotowanie na parze to naprawdę świetny pomysł na zdrowe odżywianie (inaczej myślała moja córka, która pluła potrawami z pary dalej, niż jej wzrok sięgał). 

Były też wózki dziecięce, nietrafione prezenty, nigdy nie użyte kosmetyki, ale nie chcę Cię już zanudzać wywodami o tym, co wywaliłam z domu.

czy minimalizm to dobry pomysł na życie?

Powiem Ci jedno: wywalanie zaległych maneli to jest wspaniała sprawa!! Oczyszcza atmosferę, nadaje lekkości, przynosi poczucie ulgi i uwolnienia się od balastu.

I nieważne, czy robisz jeden z tych modnych programów, w których wywala się codziennie o jedną rzecz więcej, czy po prostu wstajesz w sobotę rano i w szale radości przeorganizowujesz pół domu.

Mój dom zrobił się puściejszy, przyjemniej się w nim przebywa. Trzymam się nowej zasady, że 3 razy się zastanowię zanim kupię coś nowego. 

Nie pozostaje mi nic innego jak mocno Ci polecić tego typu przeorganizowanie życia i zmianę myślenia. Może Ty też poczujesz taką fajną ulgę jak ja i zaczniesz kolejną wiosnę życia lżejsza o zbędne balasty?


DZIĘKUJĘ CI ZA TWOJĄ UWAGĘ! JEŚLI CHCESZ POZOSTAĆ W KONTAKCIE,  DOŁĄCZ DO MNIE NA:

FACEBOOKU

INSTAGRAMIE 

YOUTUBE

DZIĘKUJĘ!
KAROLINA


Poczytaj też:

Jak to możliwe, że możemy pracować i podróżować jednocześnie?

5 zasad udanych wakacji all inclusive.

Co wybrać: hotel czy Airbnb? Porównanie krok po kroku.

 

 

13 comments

  1. Ja minimalizm odkryłam około 3 lata temu dzięki stałym przeprowadzkom, gdzie ciągnięcie za sobą trzydziestu szminek i masy niepotrzebnych bluzek było po prostu niewykonalne. Bardzo pomogły mi w tym książki Joanny Glogazy. Szczególnie dzięki tej pierwszej – Slow Fashion – panuję nad swoją garderobą i czuję się z tym fantastycznie. Może jestem dziwna, ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie i powie “ale masz mało ciuchów” uważam to za największy komplement na temat mojej szafy 😉 Jedne czego się nigdy nie oduczę, a przynajmniej będzie mi ciężko jest gromadzenie książek. Ale chyba można mieć w życiu gorsze uzależnienia prawda?

    1. Dobrze wiedzieć, nie czytałam jeszcze żadnej z jej książek. A taka garderoba kapsułowa to jest coś, o czym marzę. Myślę, że się uda w kolejnym etapie, na razie zliczam rzeczy w szafie i zastanawiam się czego się jeszcze dam radę pozbyć. Jesteś w stanie powiedzieć do ilu ubrań się ograniczyłaś?
      I ja też kocham gromadzić książki, uwielbiam sam fakt, że mogę je podziwiać na półce i się nimi otaczać. Ale ostatnio doszła spora kolekcja książek mojej córki, (która na szczęście lubi czytać!) więc poszłam na kompromis: jej kupuję książki drukowane, a sobie na ebooka. Zdecydowanie ludzie mają o wiele gorsze rzeczy za uszami, niż kolekcjonowanie książek 😀

  2. Właśnie zbieram siły, aby dokonać czystek w kuchennych szafkach, nie mieszczę się już w nich, a to niewątpliwie oznacza, że mam za dużo rzeczy, trzeba miejsce zrobić. 🙂

  3. O, tak! Człowiek uczy się minimalizmu przez całe życie. Jako blogerka kulinarna pracuję obecnie nad minimalizmem na talerzu 🙂

    1. Minimalizm na talerzu jest super! <3

  4. O tak, minimalizm jest bardzo praktyczny. Staram się, owszem, ale skutki są różne 😉 Bardzo fajnie napisany tekst 🙂

  5. Od kilku lat zyję w minimaliźmie, chociaż nie widac tego na zewnatrz, to filozofia zycia, zakupów, ekologii itp. przynajmniej dla mnie. To nie tylko pozbywanie sie regularnie nadmiaru rzeczy. To jedynie posprzątanie szafy.

    1. Ja zaczęłam od wywalenia zbędnych rzeczy i cieszę się na ten początek. Ale masz rację, chcę iść o krok dalej i popracować nad takim prawdziwym minimalizmem w różnych dziedzinach życia. Nie chcę żeby moja zajawka minimalizmem ograniczyła się tylko do jednego wiosennego sprzątania szaf i szafek 🙂

  6. Też z wiekiem dorastam do pewnych rzeczy, i to nie jest wyrzut w stronę młodości, ale pewne doświadczenia uczą nas i zmieniają 🙂 obecnie mam problem z ubraniami “jak schudnę to na pewno mi się przydadzą” i muszę się z nimi w końcu rozprawić 🙂

    1. Ja tak samo, schudłam i dalej nie mam ochoty ich ubrać 😉 Chyba jednak czas się rozstać 😀

  7. Oh tak do mnie tez minimalizm powoli przychodzi 🙂 Staros 😛

    1. Starość, a radość 😀 Pozdrowienia!

Leave a Reply

Your email address will not be published.