PODRÓŻE

Podróż kamperkiem po Europie. Część I

Przeżyliśmy pierwsze klika dni. Chcesz zobaczyć jak to wyglądało? Sprawdź poniżej! 

Jakie były początki naszej podróży kamperem? Czy były straty? Czy były problemy? Jak odnaleźliśmy się w takim sposobie na podróż? 

No to jazda 

W piątek o 16:00 zjawiamy się w Wadowscy Kampery, w Gaju bardzo blisko Krakowa. Mamy odebrać nasze autko, czyli Fiata Weinsberga, podpisać umowę i otrzymać przeszkolenie              z obsługi tego cuda. Nasz kamper to właściwie taki van, mieszczący 4 osoby więc najmniejszy jaki firma ma w ofercie. Inne kampery są większe, dłuższe i zdecydowanie nie dla nas na pierwszy raz. Nie wiemy kompletnie nic nawet, jak odkręcić wodę, ale Pan Mateusz cierpliwie pokazuje co i jak. Z takich najważniejszych zasad łapiemy, że:

  • Kamperek nie może jechać ponad 120km/h. 
  • Posiada kuchenkę na gaz, lodówkę, dwa podwójne łóżka (jedno w suficie), łazienkę z chemiczną toaletą i prysznicem, stolik, markizę, butlę z gazem, kontakty elektryczne itd.
  • A także tysiąc szafek, szafeczek, schowków do których można się łatwo spakować. 
  • Oraz bagażnik na rowery z tyłu
  • Jest zasilany standardowym akumulatorem, dodatkową baterią, którą warto zawsze podłączyć do prądu na kempingu oraz gazem.

Mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, ale zakładamy, że jakoś po drodze ogarniemy co i jak. Ewentualnie zapytamy innych kamperowców. Ewentualnie wygooglujemy. 

Paulo wsiada za kółko, ja wracam do naszego Nissana. Jedziemy do domu jakieś 50km/h. W końcu docieramy do Krzeszowic i parkujemy koleżkę na mniej-więcej jednym miejscu parkingowym. Po drodze ogarniamy jeszcze wypożyczenie dla dzidzi fotelika samochodowego na pasy, bo nasz jest na Isofix, a kamper Isofixa nie posiada. Łapiemy też po drodze kilka fantów: stolik turystyczny, matę do jogi (bo przecież codziennie o wschodzie słońca będziemy medytować na trawie ;)), leżaczek.

Czas się spakować

Momentalnie wyobrażam sobie jak pięknie zapełniam te wszystkie szafeczki naszymi ubraniami, jedzeniem, przyborami kuchennymi. Wizja zrobienia z kampera naszego przytulnego mini domku jest mega kusząca. Usypiam na kanapie w środku tego chaosu nawet nie wiem w którym momencie. Ze stertą rzeczy do prasowania w jednej ręce i z depilatorem w drugiej (przecież nie będę się w tym kamperze goliła maszynką, co nie?).

Oczywiście, że staram się spakować minimalistycznie. Oczywiście, że trochę mi nie wychodzi, bo lista rzeczy, które w takiej podróży mogą się przydać zdaje się nie mieć końca. 

Skrobnę osobne posty o tym co spakować do kampera, jak obsługiwać kamper itd. Don’t worry. 

Wyjeżdżamy z rana 

To znaczy w południe z rana. Po tym jak cała rodzina juz obejrzy nasz kosmiczny pojazd, dziecko da się w końcu usadzić w foteliku, a ja zrobię rundkę po 4 okolicznych aptekach, aby zdobyć na ostatnią chwilę lek, który “na pewno, być może nam się przyda w drodze”. 

Ciągle zapominamy, że jedziemy do cywilizowanej Europy zachodniej, a nie na pustynię. 

Wyjeżdżamy, Paulo prowadzi, po dopracowaniu kilku elementów (lodówka się otwiera na zakrętach wyrzucając z siebie pudełko truskawek na obicie ściany, pierzemy obicie ściany, jedziemy dalej) można rzec, że świat staje przed nami otworem. 

To spore wyzwanie zrobić tak, aby przy naszej dwuletniej sile destrukcyjnej zwanej potocznie dzieckiem, nic się w tym kamperze nie zniszczyło, nie porwało i nie zalało. Pozabezpieczałam wszystkie elementy z uporem maniaka, ale wiem, że moja córka tak łatwo nie odpuści. 

Postresowana jazdą jestem najbardziej ja, Lidce jest wszystko jedno, Paulo najpierw stwierdza, że czuje się jak jak i władca szos w tej wysokiej kabinie kierowcy, a potem, że jednak samochodem lekko trzęsie i zawiewa co dodaje trochę dyskomfortu podczas jazdy. Obawiam się, że jednak nie rozpocznie po tej wycieczce kariery kierowcy tira. 

Ja wsiadam za kółko kilka godzin później, jeszcze w Polsce, aby też się rozjeździć. Jak wiecie kocham jeździć samochodem w trasy najbardziej na świecie, ale jednak kamper to już dla mnie wyższa szkoła jazdy. Nie jest jednak źle, faktycznie trochę zawiewa, trochę trzeba wyczuć, że auto jest większe od osobówki (zwłaszcza przy wchodzeniu w zakręty i podczas parkowania) i przyzwyczaić rękę do zmieniania biegów po latach jazdy na automacie (jak to szło, wciskam sprzęgło, wrzucam jedynkę, gaz do dechy…o zgasło, repeat). 

No i tak sobie jedziemy w nieznane. To znaczy w znane, bo na Berlin, ale nie do końca wiemy, gdzie nam się zdarzy spać. Ale przecież luzik, prawda? Jesteśmy w kamperze, spać możemy gdziekolwiek. Może uda się dojechać do Hannoveru. Liduśka jest zaskakująco spokojna jak na siebie. Siedzi, ogląda bajki, ogląda auta za oknem, bawi się łapką na muchy. Trzeci pasażer kampera idealny. Nie to co w Nostromo.

Odpadamy jakąś godzinę drogi od Hannoveru. Jesteśmy zmęczeni, parkujemy na parkingu dla tirów z widokiem na McDonald. Idealnie, można zjeść wieczorową porą McFlurry z Oreo na kolację. Za nami stoi ciężarówka z tabliczką Damian, czujemy się bezpiecznie 😉 Zamykamy wszystko dokładnie od środka, zasłaniamy wszystkie okna, idziemy spać na naszym rodzinnym kamperowym łóżku. 

Rano budzę się z ekscytacji o 4 rano, Paulo przed 5. Próbuje wziąć prysznic, ale nie ogarnia jeszcze jak włączyć grzanie wody więc prysznic jest ekhm..mocno odświeżający. Odkrywamy pierwszy fakap. Okazuje się, że zawór do spuszczania brudnej wody, który znajduje się pod spodem auta, jakimś cudem się odkręcił i nasza woda wylała się radośnie na całą ulicę podlewając Damiana. Postanawiamy zebrać się czym prędzej, bo jednak niemiecka policja mogłaby być mało wyrozumiała dla naszej miłej rodziny wylewającej chcący czy niechcący swoje ścieki na ulicę. 

Po jakiejś godzinie ja, pomimo kawy, stwierdzam, że odpływam na fotelu pasażera. Jednak 4 godziny snu to stanowczo za mało. Niedługo później wybudza mnie odgłos parkowania. Paulo też odpada. Parkujemy na kolejnym przydrożnym parkingu i wracamy do łóżka. To spora zaleta życia w kamperze. Będąc w hotelu nie moglibyśmy się ponownie zameldować, aby pospać. Dzięki Ci Panie za to nasze dziecko, które w międzyczasie cały czas śpi i wstaje dopiero ok. 10:00. 

Druga próba wyruszenia w trasę ma miejsce ok. 11:00. Wsiadamy za kółko wypoczęci i przybywamy do Amsterdamu około 16:00. Nasz kemping Zeeburg jest świetny! Rezerwowałam przez internet, totalnie nie wiem czego się spodziewać, ale jest fantastycznie! 

(O kampingach i polecanych miejscach będzie osobny post).

Jedziemy dalej

Lądujemy w Paryżu na Camping du Paris tuż obok słodko-gorzkiego Lasku Bulońskiego (za dnia mekki rodzin spragnionych zieleni, w nocy dość niebezpiecznego miejsca). Zostajemy na dłużej, aby trochę się w tej podróży jednak zrelaksować i odetchnąć. Spotykamy przyjaciół. Tym razem nie stawiamy na zwiedzanie i muzea (tak, jak to było w grudniu), ale na włóczenie się po mieście, pikniki pod Wieżą Eiffla, zakupy i relaks po parysku.

Za chwilę opuścimy Paryż i zaczniemy jechać po zachodnim wybrzeżu Francji. Mamy w planach Bordeaux, Tuluzę, Marsylię, Saint Tropez, Niceę, Cannes, Monako, ale jak to będzie…droga pokaże.

Dotychczasowe wnioski z podróży są takie, że jest fajnie, podoba nam się. Lidia czasem nie daje żyć i opieka 24 h nad nią bez pomocy nie należy do najprostszych zadań, ale nie żałujemy, że zdecydowaliśmy się na rodzinną wyprawę.

Zobaczymy co powiemy pod koniec wyprawy 😀

A tym czasem śledź nas na:

Instagramie, aby zobaczyć relację z podróży na bieżąco oraz piękne zdjęcia

Facebooku, aby przeczytać krótkie historyjki i anegdoty z podróży.

ciąg dalszy nastąpi!

Karola

Leave a Reply

Your email address will not be published.